Jak namówić dziecko do jedzenia: rady znanych szefów kuchni
Pięcioro brytyjskich rodziców, wśród nich znani kucharze i autorzy książek kulinarnych, opowiada, jak radzi sobie z wybrednymi dziećmi. Ich metody są różne, ale łączy je jedno: mniej presji, więcej wspólnego gotowania i żadnego przyklejania łatek.
Wybredność to norma, nie wyrok
Tom Kerridge, ojciec 10-letniego Aceya, jest przekonany, że wybredne jest właściwie każde dziecko. Jego zdaniem trzeba przez ten etap po prostu przeprowadzić, a dzieci, które regularnie widzą warzywa na talerzu rodziców, w końcu się do nich przekonują.
Meera Sodha zwraca uwagę na coś innego: dzieci inaczej odczuwają smaki. Kmin rzymski może im się wydawać wybuchowo gorzki, a kimchi przytłaczające. Jej starsza córka Arya do mniej więcej szóstego roku życia jadła praktycznie tylko jasne, „beżowe” potrawy. Dziś przebija w ostrości całą rodzinę. Sodha radzi:
„Jeśli ciągle nazywasz je wybrednymi, zaczynają wierzyć, że takie są.” – Meera Sodha
Co sprawdza się w praktyce
- Nowe obok znanego. Sodha podaje nowe danie razem z czymś, co dzieci już lubią, i przypomina, że znają wszystkie jego składniki. Przyprawy dodaje stopniowo, za każdym razem odrobinę więcej.
- Dopytywanie, co dokładnie nie smakuje. Helen Goh odkryła, że jej syn Sam nie znosi nie kurczaka, tylko „śliskiej” skóry. Po pokrojeniu piersi i zawinięciu jej w tortillę problem zniknął. Młodszy Jude woli z kolei brokuły dłużej gotowane, a Sam chrupiące.
- Włączanie dzieci do gotowania. Kerridge pozwala synowi nadziewać szaszłyki albo samodzielnie składać pizzę. W domu Sodhów każdy komponuje własnego falafela z dodatków. Anna Jones zauważa, że dzieci inspiruje też oglądanie rówieśników przy garach.
- Jedzenie z wyobraźni. Syn Anny Jones, Dylan, otworzył się na nowe smaki, gdy zafascynowały go opowieści o ninja z ramenem i pierogami gyoza w tle. Zaczęli robić ramen w domu.
Zdania są podzielone w sprawie „ukrywania” warzyw. Kerridge sięga po sosy z blendowanymi warzywami i długo duszone potrawy. Goh i Marie Mitchell są ostrożniejsze: Goh mówi dzieciom, co jest w daniu, bo nie chce, by jedzenie stało się sztuczką. Mitchell uważa, że dziecko, które nie wie, co je, nie dowie się też, że to lubi.
Bez nagród i bez perfekcji
Mitchell nie buduje hierarchii w jedzeniu i nie traktuje go jak nagrody ani kary. Rodzice decydują, co trafia na stół, a o reszcie decyduje 5-letnia Marcie. Alternatyw nie przygotowują, ale dbają, by było coś, co córka na pewno zje, zwykle owoce. Wspólne kolacje, nawet nie zawsze spokojne, traktuje jak ważną pauzę w ciągu dnia.
Anna Jones przyznaje, że z 3-letnim Escą, który jest w fazie masła na tostach i makaronu bez dodatków, bywa mniej konsekwentna, bo nie wyobraża sobie, by dziecko poszło spać głodne. Pomaga jej wiedza, że gusta się zmieniają. Helen Goh dodaje, że posiłek nie musi wyglądać „szlachetnie”, żeby był dobry: kiedy w pośpiechu wystawiła na stół szynkę, halloumi, awokado i ogórek, Sam napisał jej potem, że chce więcej takich kolacji. Jej mama od lat radzi sobie jeszcze prościej, dodając do potraw szczyptę soli i cukru, bo liczy się dla niej przede wszystkim smak.
Co z tego dla polskich rodziców
Są to osobiste doświadczenia kilku rodzin, a nie wytyczne żywieniowe, więc traktujmy je jako inspirację. Zasady są jednak uniwersalne i nie wymagają egzotycznych składników: wspólne lepienie pierogów, samodzielne składanie pizzy czy kanapek, stawianie na stole kilku prostych dodatków, z których każdy wybiera sam. Jeśli dziecko je bardzo wąski zakres produktów albo wybredność się nasila, lepiej porozmawiać z pediatrą lub dietetykiem dziecięcym.
Warto też pamiętać o samym miejscu posiłków. Wspólny stół, przy którym wszyscy siadają razem i nikt nie ocenia talerzy, to – jak pokazują ci rodzice – połowa sukcesu.
Źródło: The Guardian – „Don’t make sugar a treat –or hide the broccoli: top chefs on how to make your kids happy eaters”



